Drogi Czytelniku, ten tekst powstał dawno temu i niesie ze sobą ślad minionych dekad. Informacja nt. daty jego powstania oraz źródła, znajduje się na końcu artykułu.
W dalekim tuwińskim stepie, w samym środku Azji, u podnóża masywu górskiego Tannu-Oła, myśliwy Chajt pak-ooł postrzelił lisa. Wyciągając zwierza z nory znalazł dziwny kamyk, cięższy niż żelazo. Wrzucił go do torby, a po kilku latach pokazał geologom, kręcącym się z dziwnymi przyrządami w tych stronach.
Tak zaczyna się historia odkrycia tuwińskiego kobaltu i miasta Chowu-Aksy, które wyrosło tam, gdzie niedawno jeszcze diabeł mówił dobranoc. Pierwsza ulica stepowego grodu otrzymała imię Gagarina.
Kombinat kobaltowy w Tuwie powstaje w odległości kilkuset kilometrów od najbliższej linii kolejowej. Budują go ludzie, którzy przybyli z najrozmaitszych stron. Usłyszeć tu można różne języki narodów Związku Radzieckiego. Nie przypuszczałem jednak, że w Chowu-Aksy będę mógł uciąć pogawędkę w języku polskim z człowiekiem, który należy do najbarwniejszych postaci kobaltowego miasta.
Pan Henryk Domański jest nauczycielem miejscowej szkoły. Urodził się w Kijowie i od dziecka mieszka w Związku Radzieckim, ma jednak rodzinę w Polsce. Brat mieszka w Szczecinie. Pan Henryk prenumeruje warszawską prasę i orientuje się w polskich sprawach. Jego pasją jest budowa pojazdów mechanicznych, które budzą sensację w całej Tuwińskiej Republice Autonomicznej. Przyjeżdżali je fotografować i pisać korespondencje o panu Henryku nawet dziennikarze moskiewscy.

Z części motocykla IŻ-56, z kilku węzłów „Moskwicza”, z blachy, kartonu i kleju kazeinowego, z podwozia starego samolotu oraz z różnego żelastwa pan Henryk zbudował ostatnio małolitrażowy kabriolet, na którym ściga się w stepie z antylopami. Chciał mu nadać nazwę „Tuwinka”, ale w miasteczku wehikuł ochrzczono „Strzała”. Tak już pozostało.
Silnik M-72 pozwala samochodowi pana Henryka, rozwinąć prędkość 100 kilometrów na godzinę. W miasteczku konstruktor jeździ swym wozem do szkoły, gdzie jest instruktorem zajęć praktycznych i bożyszczem dzieci. Prawdziwe harce wyczynia „Strzała” dopiero na stepowych drogach.
Przejechałem się z panem Domańskim ulicą Gagarina. Zostałem zaproszony do jego pracowni, gdzie pan Henryk zbiera różne dziwne mechanizmy. Jak zwierzył mi się, konstruuje obecnie motocykl na poduszce powietrznej – pierwszy w Tuwie, a może i w całym Związku Radzieckim.
Spotkanie z panem Henrykiem naprowadziło mnie na ślad urządzeń energetycznych z łódzkiej „ELTY”, które zawędrowały do elektrowni kombinatu kobaltowego niemal z drugiego końca świata. A dyrektor znajdującego się w budowie zakładu, Walentyn Ryżow, prosił mnie o przekazanie pozdrowień polskim inżynierom – Stanisławowi Kutowi i i Lucjanowi Grabowskiemu, z którymi ukończył jedenaście lat temu Leningradzki Instytut Górniczy. Na znak dawnej przyjaźni nosi przy pasku zegarka wizerunek warszawskiej syrenki. Już wcześniej zauważyłem, że jest to znak rozpoznawczy wielu przyjaciół Polski w Związku Radzieckim. W Nowosybirsku noszą paski z syrenką Aktywiści Towarzystwa Przyjaźni Radziecko-Polskiej. W Tuwie nie spodziewałem się spotkać ani syrenki, ani polskich maszyn, ani rodaka.
A jednak…
Ryszard BADOWSKI
Artykuł pochodzi z „Gazety Poznańskiej”, wydanie sobotnio-niedzielne, 5 i 6 listopada 1966 r.